skip to main |
skip to sidebar

Znalazłam kartkę zapisaną hipokryzją w najczystszej postaci. Kawałek papieru, na którym wypisane są słowa mające na celu zniszczenie świadomości. Ludzie nie powinni ubierać w słowa myśli będących wytworem chwili, bowiem zbyt często są one zwykłym zakłamaniem zrodzonym ze skrajnych emocji. Najczęściej są to zdania, które rozkwitają ze złości - wtedy wszyscy wszystko kończą, wypominają, nagle sobie uświadamiają. I sądzą, że tak właśnie jest, że to jest tą niezłomną prawdą, gdyż (podobno) w stanie silnego wzburzenia wyrzucamy z siebie myśli, które w nas od dawna zalegają. Nie, to nie jest prawdą. Jednak ludzie zdają sobie z tego sprawę, kiedy jest już na to za późno, kiedy knebel jest wyrzygany, a oni zdążyli już oczyścić wnętrzności serią słów. Wtedy pojawia się w ustach niesmak wywołany goryczą naszych słów, bądź - jak w moim przypadku - niesmak spowodowany próbą okłamania siebie i innych.
To przykre, że nie potrafimy panować nad sobą. To przykre, że nie potrafimy gryźć się w język, kiedy ten pomaga nam wypowiadać łgarstwa. A najbardziej przykre jest to, że nie umiemy tego zmienić.
Mija kolejny miesiąc niemal absolutnej ciszy. Nie jest łatwo, gdy nie ma się pojęcia, co się dzieje, a całość utrudnia jeszcze zdawkowe "już niedługo...", kiedy wypomina się milczenie. Co robić gdy mózg rozrywa Duma i ten niewdzięczny organ, któremu ludzie przypisują wszelkie wyższe uczucia - Serce? Słyszę gdzieś wewnątrz dobitne "Daj sobie spokój.", ale nie umiem... Serce i uczucia mają we mnie władzę niemal despotyczną. Całości sytuacji szczyptę dramatyzmu dodaje paradoks, że im dłużej to trwa, tym bardziej jest to bolesne, a podobno z czasem się zapomina. Chciałoby się krzyknąć "Gówno prawda!", jednak wulgaryzmy w niczym nie pomogą, a szkoda. Jakby wszystkiego było mało, nocą atakuje wygłodniała Tęsknota. Gryzie do krwi myślami "Jak wiele dałabym za poczucie tego stresu, gdy szłam po Niego na dworzec i za łzy, gdy żegnałam Go na peronie." Nieprzyjemnie doskwiera też przywiązanie i dziecięca, naiwna, niezrozumiała i wręcz irracjonalna miłość, jaką darzy się ... no właśnie ... Przyjaciela? Wyjściem z sytuacji jest zneutralizowanie swojego wewnętrznego konfliktu podpisując pakt o nieagresji. Trzeba zmobilizować się do spójnego działania. Na mocy porozumienia rodzi się harmonijna dewiza - dać szansę, lecz działać stanowczo. Dlatego poczekam na to "niedługo". Jeśli czas na nie dany się skończy, to skończy się wszystko.

Zapominam się kolejny raz. Gdzieś wewnątrz mojej głowy odzywa się głos - nie poznaję tego tonu, to nie ja, jest zbyt stanowczy. (Rozsądek?) Z wyrzutem mówi "Co ty robisz?!". Jego echo niesie się jeszcze długo, więc się bronię. Jednak głos Rozsądku ucieka gdzieś uchem, gdy zostaje zagłuszony krzykiem Spontaniczności. Tracę siły, nie chcę walczyć, Ona tak pięknie szepcze, poddaję się. Wszystko toczy się dość szybko, czuję niedosyt, chcę się całkowicie zapomnieć, ale Rozsądek mimo ucieczki z mojej głowy, stoi niewzruszony obok i łypie na mnie wielkimi oczami w kolorze stali. Nie wiem, czy On też czuje presję tego spojrzenia, czy są inne powody, ale przestaje. Zaczyna się walka moich myśli - całe szczęście, że na słowa. Gdyby w użycie poszła broń, byłoby ze mną ciężko. Taka niekontrolowana autodestrukcja. Przyznam, że dość niebanalnie wyglądałby napis na nagrobku "Zginęła w wojnie swoich myśli.". Cudem ogarniam tą sytuację, jestem wyjątkowo świadoma swojego postępowania, więc jedna misja uwieńczona jest sukcesem, lecz to nie koniec konfliktu. Zaczynam zastanawiać się, czy sobie wmawiam to i owo, czy naprawdę jest tak, jak to widzę, a może mam na oczach tanie, chińskie okulary, które psują mi wzrok?
Chyba zacznę terapię z wykorzystaniem niekonwencjonalnych metod, tradycyjna medycyna zniszczyłaby mi organizm garściami tabletek na "normalność".
Niech mi Pan powie, na czym stoję. Niech mi Pan wytłumaczy jakie mam znaczenie w Pańskim życiu. Podobno Panu na mnie zależy i wie Pan... poczułam to. Ale czy naprawdę z moich oczu muszą płynąć łzy, by okazał mi Pan trochę ciepła i uczuć? To jak Pan wypowiadał moje imię, to jak Pan ocierał łzy z moich policzków, to jak Pan na mnie patrzył i to jak mnie Pan przytulił... Chciałam wtedy powiedzieć, że Pana kocham, ale nie mogłam... Wczoraj zaś, kiedy jak zawsze grał Pan na gitarze i patrzył na mnie spod swoich blond włosów, miałam ochotę wtulić się w Pańskie ramiona i modlić się, by ta chwila nigdy się nie skończyła. Czasem, mimowolnie, zastanawiam się, jakby to było z Panem żyć, ale nigdy się nie dowiem. Może to i lepiej? Przecież są chwile, gdy żałuję, że to wszystko tak się potoczyło.
Twoje słowa - puste i bezsensowne. Za każde Twoje "zależy mi na Tobie" powinieneś dostać w twarz! Przeczysz sam sobie i sam nie wiesz czego chcesz! Ale kocham Cię Panie Toksyczny, mimo wszystko Cię kocham...
Bóle głowy, brzucha, serca, piersi... nudności, wymioty, drżenie rąk, stany podgorączkowe lub fale strasznego zimna. Oprócz tego niechęć do wszystkiego, problemy ze snem, dużo łez, duszności i ogólne osłabienie - tak u mnie objawia się choroba zwana nieszczęśliwą miłością.
Czy historia naprawdę musiała się powtórzyć, abym doceniła ostrzeżenia i otworzyła oczy? Moje uczucie do Pana naprawdę było silne, skoro był Pan lekiem na własną toksyczność. Dopiero teraz czuję ten straszny ból moich wnętrzności, które przez te półtora roku Pan namiętnie niszczył. Myślę, że gdyby moja wątroba mogła krzyczeć, to usłyszałoby ją pół osiedla. Przedawkowałam Pańską obecność w moim życiu. Uzależnił mnie Pan od siebie, Panie Toksyczny. Śmiał Pan robić mi bałagan wewnątrz mojego ciała, a to nieładnie... Dlatego wie Pan co zrobię? Udam się na odwyk od Pana i poczekam, aż nasza znajomość umrze śmiercią naturalną. Już nie użyję respiratora, gdy nadejdzie kolejna akcja zatrzymania serca.