środa, 18 listopada 2009

siła dyplomacji


Mija kolejny miesiąc niemal absolutnej ciszy. Nie jest łatwo, gdy nie ma się pojęcia, co się dzieje, a całość utrudnia jeszcze zdawkowe "już niedługo...", kiedy wypomina się milczenie. Co robić gdy mózg rozrywa Duma i ten niewdzięczny organ, któremu ludzie przypisują wszelkie wyższe uczucia - Serce? Słyszę gdzieś wewnątrz dobitne "Daj sobie spokój.", ale nie umiem... Serce i uczucia mają we mnie władzę niemal despotyczną. Całości sytuacji szczyptę dramatyzmu dodaje paradoks, że im dłużej to trwa, tym bardziej jest to bolesne, a podobno z czasem się zapomina. Chciałoby się krzyknąć "Gówno prawda!", jednak wulgaryzmy w niczym nie pomogą, a szkoda. Jakby wszystkiego było mało, nocą atakuje wygłodniała Tęsknota. Gryzie do krwi myślami "Jak wiele dałabym za poczucie tego stresu, gdy szłam po Niego na dworzec i za łzy, gdy żegnałam Go na peronie." Nieprzyjemnie doskwiera też przywiązanie i dziecięca, naiwna, niezrozumiała i wręcz irracjonalna miłość, jaką darzy się ... no właśnie ... Przyjaciela? Wyjściem z sytuacji jest zneutralizowanie swojego wewnętrznego konfliktu podpisując pakt o nieagresji. Trzeba zmobilizować się do spójnego działania. Na mocy porozumienia rodzi się harmonijna dewiza - dać szansę, lecz działać stanowczo. Dlatego poczekam na to "niedługo". Jeśli czas na nie dany się skończy, to skończy się wszystko.

niedziela, 15 listopada 2009

ready? fight!


Zapominam się kolejny raz. Gdzieś wewnątrz mojej głowy odzywa się głos - nie poznaję tego tonu, to nie ja, jest zbyt stanowczy. (Rozsądek?) Z wyrzutem mówi "Co ty robisz?!". Jego echo niesie się jeszcze długo, więc się bronię. Jednak głos Rozsądku ucieka gdzieś uchem, gdy zostaje zagłuszony krzykiem Spontaniczności. Tracę siły, nie chcę walczyć, Ona tak pięknie szepcze, poddaję się. Wszystko toczy się dość szybko, czuję niedosyt, chcę się całkowicie zapomnieć, ale Rozsądek mimo ucieczki z mojej głowy, stoi niewzruszony obok i łypie na mnie wielkimi oczami w kolorze stali. Nie wiem, czy On też czuje presję tego spojrzenia, czy są inne powody, ale przestaje. Zaczyna się walka moich myśli - całe szczęście, że na słowa. Gdyby w użycie poszła broń, byłoby ze mną ciężko. Taka niekontrolowana autodestrukcja. Przyznam, że dość niebanalnie wyglądałby napis na nagrobku "Zginęła w wojnie swoich myśli.". Cudem ogarniam tą sytuację, jestem wyjątkowo świadoma swojego postępowania, więc jedna misja uwieńczona jest sukcesem, lecz to nie koniec konfliktu. Zaczynam zastanawiać się, czy sobie wmawiam to i owo, czy naprawdę jest tak, jak to widzę, a może mam na oczach tanie, chińskie okulary, które psują mi wzrok?
Chyba zacznę terapię z wykorzystaniem niekonwencjonalnych metod, tradycyjna medycyna zniszczyłaby mi organizm garściami tabletek na "normalność".